Istnienie istot żyjących wskazuje niezbicie, że musi istnieć Pan Bóg – Stwórca wszelkiego życia. 

Jest rzeczą naukowo dowiedzioną, że życie nie zawsze istniało na ziemi, ale miało swój początek. Ziemia bowiem, słońce i gwiazdy, w ogóle cały wszechświat znajdował się pierwotnie w stanie płynnej, ognistej masy w którym to czasie nie podobna przypuścić istnienia ani jednego zdolnego do życia nasienia czy też zarodka. Stąd to najgłębsze pokłady ziemi nie wykazują ani śladu życia, a najdawniejszy okres tworzenia się skorupy ziemskiej nazywa się dlatego z grecka azoicznym, tj. okresem bez życia.

Jaki jest więc początek życia?


Ludzie prości jeszcze dziś sądzą naiwnie, że robactwo powstaje samo przez się z brudu – a więc nie z żywych zarodków, ale z pyłu i wilgoci – czyli wywiązuje się samorodnie z materii nieżywej. Z takim mniemaniem ludzi nieoświeconych – przynajmniej co do wyniku rozumowania – zgadzają się ci, którzy, rzekomo w imię nauki, a w istocie dla szerzenia materializmu, starają się wszelkimi sposobami wykazać, że cały świat i wszelkie początki życia na ziemi rozwinęły się drogą samorodztwa z materii nieżywej. Według tej teorii zatem pierwsze organizmy żyjące miały powstać samorodnie, to znaczy, nie otrzymały pierwiastka życia.

Oto co pisze sławny badacz przyrody, Liebig, w swoich Chemische Briefe, s. 206: „Ścisłe nauki przyrodnicze wykazały, że ziemia w pewnym okresie swego istnienia posiadała temperaturę tak wysoką, iż wszelkie życie organiczne było wówczas na niej niemożliwe, oraz udowodniły, żc życie organiczne na ziemi miało początek od Stwórcy, ale wywiązały się bez nasienia, z materii nieorganicznej, pod wypływem ciepła, elektryczności lub innych sprzyjających czynników”.

Pierwszym organizmem, który miał się samorodnie wytworzyć, był odkryty w szlamie morskim przez Huxleya, a ku uczczeniu Haeckia nazwany przez swego odkrywcę Bathybius Haeckelii. To rzekome odkrycie okazało się błędem, albowiem po dokładniejszym zbadaniu przekonał się Huxley, że odkryty przez niego rzekomy organizm był tylko… galaretowatym gipsem!

Jednak ani zdrowy rozum, ani nauka nie może się na taką teorię zgodzić.

  1. Rozum powiada, że nawet najniższy stopień życia, wegetacyjny, jaki posiadają rośliny, nie mógł się wywiązać sam przez się z nieżywej materii. Jak bowiem nie można dać drugiemu, czego się samemu nie posiada – tak martwa materia nie mogła w drugą materię wlać życia, którego sama nie miała.
  2. Ten wniosek zdrowego rozumu znajduje uzasadnienie już w samej naturze istot organicznych, która jest różna od natury istot nieorganicznych i tak odmienne od tamtych posiada własności, że nie podobna, ażeby z istot nieżywych mogły powstać żywe. I tak:
    1. Materia nieżywa z natury swej dąży do największego spokoju i zupełnej niezmienności, skąd w chemii powszechną zasadą jest prawo, na mocy którego pierwiastki, same sobie pozostawione, zmierzają zawsze do najbardziej trwałych połączeń chemicznych. – Przeciwnie ma się rzecz w żywej komórce roślinnej. Tu proces asymilacji (chemicznej przemiany nowo przybranych ciał) prowadzi do połączeń atomowych, coraz to mniej trwałych.
    2. W materii żywej znajdujemy ciągle wzrastające wchłanianie ciepła – podczas gdy chemiczne przemiany nieżywej materii zmierzają do coraz to większego wydzielania z siebie ciepła. Trzeba dodać, że nawet zupełnie te same pierwiastki inaczej się zachowują w materii żywej, inaczej w nieżywej, przez co jeszcze bardziej staje się widoczna różnica między jedną a drugą materią.
    3. W żywych organizmach, różnorodne ich części zmierzają do jednego celu: do dobra całości; nie ma tego w materii nieżywej, ale panuje w niej martwa jednorodność cząstek. – W ciałach organicznych jest coś, co wszystkie cząstki jednoczy, dopiero gdy pierwiastek żyda z nich ustąpi, widzimy to, co stale się dzieje z materią nieżywą – rozkład i rozpadanie się na części. Słowem: w materii żywej ruch, wymiana soków, odżywianie się i wzrost – w martwej zachowanie się biernie i zastój; tam życie – tu śmierć. Oto co mówi sama natura.
  3. Rozliczne doświadczenia, przeprowadzone przez najwybitniejszych przyrodników, również wykazały bezpodstawność teorii samorództwa.
    1. Najbardziej wyszukane usiłowania, jakie podejmowali uczeni, aby sztucznie wytworzyć choćby jedną komórkę żywą, spełzły bezskutecznie, mimo, że eksperymentatorzy znali najdokładniej wszystkie pierwiastki chemiczne, wchodzące w skład danej rośliny. Dlatego też prof. O. Hertwig oświadcza w swej Biologii <4> <5>, że wszystkie wysiłki, aby wytworzyć żywą komórkę, uważa za chybione. Podobnie prof. J. Reinke w swej Botanice wyznaje, że „mechaniczne wytłumaczenie objawów życia już nauce nie wystarcza, bo roślina, jak nie powstała drogą połączeń chemicznych – tak też nie jest wytworem energii”.
      Widać więc, że prócz materialnych pierwiastków trzeba do wzbudzenia życia jeszcze osobnego pierwiastka życiowego, którego tylko sam Stwórca użyczyć może martwej materii.
    2. Ścisłe naukowe doświadczenia wykazały, że rozmnażanie się organizmów, począwszy od najniższych form, polega na dzieleniu się komórek – i że laseczniki (bakterie) w gnijących substancjach organicznych wcale nie powstają z przetwarzania się cząstek rozkładających się organizmów, ale z drobniuchnych zarodków, przenoszonych wiatrem z miejsca na miejsce, dopóki nie znajdą korzystnych warunków rozwoju.

Już w r. 1688 znakomity przyrodnik Redi wykazał doświadczalnie, że jeśli się kawałek mięsa szczelnie przykryje i nie wystawi na działanie powietrza, żaden robak w nim się nie pokaże; – przeciwnie, nie przykryty hermetycznie, wkrótce zacznie roić się od robactwa. Podobne doświadczenia robili przyrodnicy: Van Beneden (1853), Balbiani (1862) i inni. Największego jednak rozgłosu w świecie naukowym nabrały doświadczenia bakteriologiczne sławnego fizjologa paryskiego Pasteura, dokonane na przegotowanej wodzie: kiedy naczynie z wodą było szczelnie zamknięte, dno jego pozostawało czyste, podczas gdy na dnie odkrytego naczynia pojawiało się mnóstwo laseczników. Paryska Akademia wydelegowała w r. 1865 komisję, złożoną z najznakomitszych przyrodników, która uznała doświadczenia Pasteura za najściślejsze i obalające teorię samorództwa. Toteż członek tej komisji, sławny fizjolog Fłourens, mógł pisać: „Od czasu doświadczeń Pasteura teoria samorództwa w odniesieniu do wszelkich ustrojów została w ogóle przez naukę zaniechana.

Doświadczenia paryskiego bakteriologa Pasteura (zm. 1895) dowiodły tak niezbicie, że życie może powstać tylko z życia -„omne vivum e vivo” – że odtąd już nikt nie marzy o wywołaniu życia z nieżywotnej materii, a uczeni całego świata oświadczają, że wszelka możliwość wywołania pierwiastka życia z materii nieżywej jest wykluczona. – Pasteur zatem, według darwinisty Huxleya, zadał cios śmiertelny teorii samorództwa.

Toteż znakomity swego czasu uczony przyrodnik, prof. uniw. w Berlinie, R. Virchow, mógł już w r. 1877 na zjeździe przyrodników w Monachium oświadczyć, że „nauka nie zna ani jednego faktu pozytywnego, który by dowodził, że się samorództwa kiedykolwiek zdarzyło”. Jeszcze silniej wypowiedział się prof. Virchow przeciw teorii samorództwa w r. 1897 na kongresie międzynarodowym przyrodników w Moskwie, w pamiętnych słowach: „Zasadę, że wszelka komórka <6> <7> może powstać jedynie z komórki – omnis cellula e cellula – należy uważać za niewzruszoną zdobycz ludzkości, jako niezachwiany wynik badań naukowych, który wiek XIX przekazuje w spadku wiekowi XX”.

Inni materialiści widząc, że teoria samorództwa w obecnym stanie rzeczy nie da się utrzymać, uciekają się do wybiegu i twierdzą, że dawniej przed milionami łat inne były warunki klimatyczne oraz inne właściwości materii; wtedy to według nich mogła się z martwej materii wytworzyć istota żyjąca.

To przypuszczenie jednak zwraca się przeciw swym autorom. Sami bowiem zwolennicy samorództwa powołują się na stałość praw przyrody i z tych, które dziś panują, wnoszą o dawniejszych. Otóż ta stałość przyrody wskazuje na t.o, że skoro dziś samorództwo nie jest możliwe, to i dawniej go nie było. Nadto twierdzenie, jakoby dawniej inne były własności materii, jest gołosłownym przypuszczeniem, na żadnych dowodach nie opartym. Przecież zmianę warunków dla materii, o których wspominają, można by dziś jeszcze sztucznie wywołać, podnosząc np. temperaturę, zmieniając siłę światła, elektryczności łub ciśnienia powietrza. Wszystkie te eksperymenty czyniono – bezskutecznie. Sama zatem zmiana warunków przyrodniczych nie wystarczy do wytworzenia życia; przeciwnie, doświadczeniem naukowym sprawdzono, że spotęgowanie światła, ciepła i elektryczności raczej przyczyniłoby się do zaniku istniejącego życia, niż do powstania nowego, zwłaszcza do jego rozwoju.

Widzimy z tego, że nauka obecna nie posiada najmniejszego dowodu na to, aby niegdyś mogły istnieć na ziemi odmienne warunki meteorologiczne, nakazujące przypuszczać możliwość takiego stanu, w którym by martwa materia przeradzała się w życie. Owszem, w miarę postępu nauk, coraz większy widać przedział pomiędzy istotami nieorganicznymi a organicznymi, czyli żywymi.


Niemożliwość wytworzenia się istot żywych z martwej materii drogą samorództwa naprowadziła uczonych tej miary co Helmholtz, Thomson (Lord Kelvin) i Arrhenius Svante na inny pomysł. Dwaj pierwsi próbowali wytłumaczyć powstanie życia na ziemi przez przejście zarodków żywych z innych planet na ziemię i wystąpili z tzw. hipotezą międzyplanetarną. Thomson (Kalvin) w 1871 r. przypuszczał, że pierwsze zarodki życia spadły na ziemię z okruchami planet rozbitych, czyli z meteorami. Niebawem jednak przekonano się, że przebijanie się spadającego meteoru przez powietrze atmosferyczne doprowadziłoby meteor do temperatury białego żaru – a tym samym spaliłoby w nim wszelkie zarodki życia. Tak więc upadła hipoteza Kemna, najwybitniejszego fizyka XIX wieku, a jej autor oświadczył, że „naukowe badania początku i rozwoju życia na ziemi zmuszają koniecznie człowieka do uznania Boga, od którego pierwsze życie pochodzi”.

Arrhenius Svante, fizyk szwedzki, próbował poprzednią hipotezę w bardzo pomysłowy sposób przekształcić, lecz także nieszczęśliwie. -Wystąpił z fantastyczną teorią panspermii, na podstawie której utrzymywał, że zarodki życia, porwane z innych planet, miały krążyć po wszechświecie, a pod ciśnieniem promieni słonecznych dostać się na powierzchnię ziemi. – Lecz oto doświadczenie nad działaniem promieni ultrafioletowych wykazały, że najdrobniejsze organizmy giną gwałtownie pod wpływem ich działania. Ponieważ zaś światło słoneczne obfituje w promienie ultrafioletowe, każdy zarodek żywy, wystawiony na działanie tychże promieni w przestrzeni międzyplanetarnej, musiałby zginąć, zanim dostałby się z innej planety na ziemię.

Obie powyższe hipotezy zresztą oddalają tylko trudność rozwiązania sprawy, ale jej nie usuwają, bo nie tłumaczą, jak powstały zarodki życia na innych planetach.

Skoro zatem życie nie wywiązało się na ziemi samo przez się z materii nieorganicznej, ani nie mogło przedostać się z innych planet, musiało przeto zostać stworzone przez Boga.

Moc przekonywującą tego argumentu muszą uznać także materialiści, bo sami oświadczają, że właśnie dlatego trwają przy teorii samorództwa, aby nie byli zmuszeni przyznać, że Bóg osobowy jest twórcą życia.

Tak sam Virchow, zaledwie wyrzekł na zjeździe w Monachium, że samorództwo jest tylko przypuszczeniem – a więc teorią, która nigdzie jeszcze dotąd nie została stwierdzona – na tymże samym zjeździe oświadczył, że dalej będzie się samorództwa trzymał, bowiem „jasnym jest, że kto nie chce uznać istnienia Stwórcy, ten musi zagadkę: jak życie powstało, rozwiązać w duchu teorii samorództwa”u. – Tak samo wypowiedział się Haeckel, wódz materialistów: „Kto nie przyjmuje teorii samorództwa, musi uciec się do cudu stworzenia świata przez Boga”.

Jednak nieuprzedzeni badacze przyrody powiadają, że powstanie żywej komórki z materii martwej, bez współdziałania Boga, byłoby jeszcze większym cudem, niż stworzenie świata. Jak bowiem z niczego nic nie powstaje samo przez się, tak bez uprzedniego życia nie może się wywiązać życie nowe. Ponieważ zatem rozum i nauka zmuszają nas do odrzucenia teorii samorództwa w tym znaczeniu, w jakim ją pojmują materialiści (tj. bez współdziałania Stwórcy), przeto ten sam rozum i nauka wskazują, że życie nie mogło samo przez się wywiązać się z materii martwej, tj. przy współdziałaniu wyłącznie sił materialnych, ale musiał być jakiś Sprawca wszelkiego życia na ziemi, który sam bezpośrednio martwą materię ożywił, dając jej nie tylko życie, ale i zdolność do wytwarzania nowych organizmów.

Tej zdolności do życia nie posiada materia, jako z natury swej martwa – mogło więc ono rozwinąć się w materii jedynie pod wpływem działania Istoty wyższej, niematerialnej, którą jest Bóg wszechmocny.

Odpowiedzi na zarzuty

  1. Roślina nie jest zatem – jak materialiści utrzymują – sztuczną tylko budową, powstałą z połączenia pewnych cząstek materii bezwładnej, które przy pomocy sił fizycznych i chemicznych wytwarzają życie.Gdyby bowiem cząstki bezrozumnej materii przy pomocy sił fizycznych lub chemicznych mogły wytworzyć życie, tym bardziej człowiek, jako istota rozumna, znający dokładnie skład chemiczny tkanki roślinnej oraz jej budowy, mógłby w pracowni chemicznej w każdej chwili wytworzyć komórkę zdolną do życia i rozmnażania się. Jeśli życie rośliny polega na ruchu cząstek, to i o ten ruch mógłby przyrodnik postarać się także w sposób sztuczny.

    Tymczasem rozliczne próby i wysiłki najzdolniejszych przyrodników spełzły w tym względzie na niczym – bo nie zdołały wytworzyć ani jednej żywej komórki. — Kiedy fizyk Thomson, będąc na przechadzce ze sławnym chemikiem Liebigiem, zapytał towarzysza, czy wierzy w to, że trawa i kwiaty mogły powstać na podstawie samych tylko sił chemicznych, odpowiedział Liebig: „Nie wierzę w to- tak samo, jak nie mogę uwierzyć, aby książka botaniczna, zawierająca pańską rozprawę, mogła być tylko chemicznym wytworem”. Kiedy indziej znów powiedział Liebig: „Chemii nigdy nie uda się spreparować w swym laboratorium ani żywej komórki, ani włókna muskułu, ani nerwu – słowem żadnej rzeczywiście organicznej, żywotnymi przymiotami obdarzonej części organizmu”.

    Niektórych może łudzi ten fakt, że gdy się przez pewien czas wodę w szklance potrzyma, niebawem powstaną w niej tysiące drobnych żyjątek … W istocie, powstały i rozmnożyły się, bo już przedtem były ich zarodki w wodzie… Ale gdybyśmy, za przykładem Pasteura, wzięli wody przegotowanej i zamknęli ją szczelnie w czystym zupełnie naczyniu, nie powstałaby ani jedna żyjąca komórka, bo „omne vivum e vivo” – żywa komórka może powstać tylko z żyjącej komórki, a pierwsza na świecie powstała przez akt twórczy Boga.

    Cóż dopiero powiedzieć o całym organizmie roślinnym, na który składają się miliony takich komórek, posiadających zdolność do odżywiania się, rozrostu, rozmnażania. Kto sądzi, że misterna budowa choćby jednej roślinki powstała przypadkiem, skutkiem ruchu cząstek materii, przyznać musi, że i budowę okrętu lub samolotu należałoby przypadkowi przypisać. – Toteż dosadnie wyraził się pewien profesor anatomii: „Podajcie mi język ateusza, a z każdego jego włókna dowiodę wam, że bezczelnie kłamie!”

  2. Twierdzenie, jakoby zmysłowe życie zwierząt i duchowe życie człowieka było tylko mchem martwych cząstek materii, jest szydzeniem z ludzkiego rozumu. – Jeżeli są w ogóle na świecie zjawiska, różniące się istotnie między sobą, z pewnością do nich należą: czynności wzroku, słuchu, czucia, myślenia i woli z jednej strony, oraz czynności ruchu martwej materii z drugiej. Lecz z tego, że przy pierwszym typie zjawisk życie objawia się na zewnątrz ruchem w odpowiednich organach ciała, nie możemy jeszcze wnosić, że istota życia polega wyłącznie na ruchu i że życie zmysłów można stawiać na równi z ruchem martwej materii. Kiedy mówca przemawia, ciągle porusza ustami, nikt jednak nie sądzi, że jego wzniosłe myśli i patetyczne zwroty powstają z samego tylko poruszania ust.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Dodaj swój komentarz / intencję - podaj imię i wpisz treść

Uwaga. Komentarz zostanie zmoderowany przed publikacją.